Summa Viscontiego
Wielki sukces we Włoszech: film Luchino Viscontiego „Portret rodzinny we wnętrzu” (Gruppo di famiglia in un interno) nie schodzi z afisza już od ponad trzech miesięcy. W Londynie wyświetlany jest w wersji angielskiej i nosi tytuł „Conversation Piece” (Obraz rodzajowy), w Paryżu — „Violence et passion” (Gwałt i namiętność). Cóż za idiotyczna zmiana tytułu! — oburza się Jean-Louis Bory na łamach „Le Nouvel Observateur”. Francuscy dystrybutorzy nie dość, jak widać, ufali samemu nazwisku Viscontiego i postanowili przyciągnąć publiczność tytułem, odwołującym się do bergmanowskich „Szeptów i krzyków”. Zmiana niedopuszczalna: tylko włoski i angielski tytuł są ściśle związane z treścią dzieła. Jest to bowiem rzeczywiście portret pewnej rodziny i portret wnętrza, w którym ci ludzie przebywają. Visconti tworzy, jak XVIII-wieczni malarze angielscy, wersję swego własnego „obrazu rodzajowego". Płótna angielskich mistrzów przedstawiające rodziców, dzieci, domowników na tle pięknych ogrodów, gromadzi zresztą z upodobaniem bohater filmu. Jest nim stary profesor (Burt Lancaster) samotny w wielkim mieszkaniu w Rzymie. Otaczają go piękne przedmioty: marmury, brązy, malarstwo. Prowadzi życie jakby z ubiegłego stulecia, z dala od zgiełku i pospolitości współczesnego świata.
Spokój profesora zakłóci wtargnięcie do jego mieszkania rzeczywistej, współczesnej rodziny. Oto oni: piękna i starzejąca się kobieta (Silvana Mangano), jej młody utrzymanek, Konrad (Helmut Berger), jej córka (Claudia Marsani) i narzeczony córki (Stefano Patrizi). Wydają rozkazy służbie, telefonują, kłócą się, dyskutują. Interesuje ich jedynie forsa, narkotyki, seks i zabawa. Jacyż są wulgarni w porównaniu z tym koneserem, wielbiącym sztukę przeszłości. Profesor reprezentuje świat, który ginie, świat piękna, spokoju, wyrafinowanej elegancji. Ale wtargnięcie barbarzyńców unaocznia jego kruchość. Zmienia się także i tonacja kolorystyczna filmu: złocista patyna, mrok, ustępują miejsca barwom ostrym, agresywnym.
Grubiański język, brutalność, cynizm, lekceważenie dobrych manier — czy tylko te cechy charakteryzują tych młodych burżujów? Ależ nie. Także i w nich jest blask, piękno, młodość, świeżość. Postacie spoglądające na nich ze starych portretów są bezcielesne, nieme, nieruchome. Są po prostu martwe.
A więc życie i śmierć. Bezruch i zgiełk. Dwa odrębne światy. Czy dialog między nimi jest możliwy? Bardzo trudno go nawiązać. Visconti, podobnie jak bohater jego filmu nie żywi złudzeń, jest bezlitosny w portretowaniu chciwości, żądzy użycia, niecierpliwości współczesnych burżujów, ale pozostawia iskierkę nadziei. Zdaniem Jean-Louis Bory’ego tą nadzieją jest stosunek starego profesora do młodego nicponia Konrada. Więzy łączące obu mężczyzn wynikają z poczucia głębokiej wspólnoty duchowej. Zawiedzeni w swych nadziejach, rozczarowani miałkością życia i przytłoczeni porażkami. zdolni są do wzajemnego zrozumienia. Należą do tej samej rodziny pokonanych: stary profesor, dawny antyfaszysta, obserwujący odradzanie się brunatnej ideologii, — i młody hultaj, który w 1968 kontestował na barykadach Berlina Zachodniego, a dzisiaj cyniczny i zgorzkniały, włączył się do innej gry, gry bogaczy: narkotyków, seksu, żigolactwa. Różnice w postawie obu mężczyzn są czysto pokoleniowe, narzuciła je epoka i historia.
— A więc film-testament? — pyta Bory. I odpowiada: — Jego bogactwo jest tak wielkie, iż można by pomyśleć, że Visconti, naglony jakimś wewnętrznym nakazem czy poczuciem zagrożenia, starał się powiedzieć wszystko, na czym mu zależało i jeszcze nadal zależy. To „wszystko” obejmuje takie dziedziny jak sztuka, polityka, miłość, dekadencja, ruina, strach, samotność, śmierć i zapomnienie. Ta „Śmierć w Rzymie” jest jakby dalszym ciągiem „Lamparta”, „Zmierzchu bogów”, „Śmierci w Wenecji”. A zarazem ich ukoronowaniem.
Z okazji paryskiej premiery filmu wysłannik „Le Figaro”, Pierre Montaigne odwiedził reżysera. Oto jego wrażenia:
— Hall rzymskiej rezydencji Viscontiego przypomina kulisy teatru lub atelier filmowe: skrzynie, szkice, nagromadzenie najrozmaitszych mebli, reflektory. W jednym z pokojów Visconti. Siedzi na fotelu, otoczony przez przyjaciół i współpracowników. Ten pokój wypełniony cennymi meblami, bibliofilskimi księgami, starymi obrazami mógłby służyć jako dekoracja dla „Portretu rodzinnego”. I nie sposób oprzeć się porównaniu między reżyserem a bohaterem jego filmu.
— Łączy nas tylko jedno: ten sam wiek — mówi Visconti. — Obaj zbliżamy się do siedemdziesiątki. Ale na tym podobieństwa się kończą. Co więcej: chociażgłówną rolę gra, podobnie jak w „Lamparcie”, Burt Lancaster, nie istnieje między tymi dwoma ekranowymi utworam żadna więź. Książę Salina, otoczony rodziną, z wysokości swego balkonu obserwował zmierzch pewnej epoki. Profesor jest samotnikiem, poszukującym rodziny zbyt późno zrozumiał pustkę swej egzystencji.
Luchino Visconti, potomek arystokratycznego rodu Viscontich de Modrone spadkobierca XIV-wiecznego księcia Mediolanu. W dzieciństwie uczestniczył w wy stawnych spektaklach organizowanych przez ojca w rodzinnym pałacu i koncertach urządzanych przez matkę-melomankę, odwiedzał często mediolańską La Scalę, którą jego dziad i stryj wspomagali artystycznie i finansowo. Ale młody Visconti wiedział już, że jego droga prowadzi gdzie indziej. Kiedy skończył 19 lat, pięć razy uciekał z domu i liceum. Pewnego razu znaleziono go w klasztorze na Monte Cassino. Przez pięć lat z zapałem oddawał się hodowli koni. Poten odkrył Paryż. Był rok 1936, rok Frontu Ludowego i premiery filmu „Toni” Jean Renoira. Przybysz z Italii poprosił Coco Chanel, aby dała mu liścik polecający do Renoira. W kilka tygodni później został jego asystentem.
— Nauczyłem się od Renoira więcej niż mogłyby mi dać studia filmowe — wspomina. — Wystarczyło obserwować Renoira, być obok niego i wśród jego ekipy, która podzielała jego przekonanie polityczne i przygotowywała się do realizacji filmu „Paryż należy do nas” na zlecenie Komunistycznej Partii Francji. Renoirowi zawdzięczam to, że otworzył mi oczy na rzeczywistość społeczną.
Po powrocie do ojczyzny Visconti uczestniczył w antyfaszystowskim ruchu oporu. Został aresztowany i skazany na śmierć. Dziewięć dni spędził w celi śmierci o powierzchni 1 metra kwadratowego zanim włoscy faszyści wydali go oddziałom hitlerowskim. Udało mu się zbiec na chwilę przed egzekucją. Jego pierwsze filmy: „Opętanie” i „Ziemia drży" stały się najwybitniejszymi dziełami włoskiego neorealizmu. Ale jeżeli dzisiaj krytyka stara się określać styl Viscontiego, mówi przede wszystkim o jego barokowej bujności, umiłowaniu wspaniałych dekoracji, budzących grozę producentów i ich księgowych. Jakże często jednak zapomina się, że Visconti jest nie tylko człowiekiem filmu, ale także sceny, że ma w swoim dorobku inscenizacje ponad sześćdziesięciu klasycznych i współczesnych sztuk, oper baletów, że jego ulubieni autorzy to Szekspir, Czechow i Verdi.
Odstawia na stolik filiżankę z herbatą Delikatnie daje do zrozumienia, że audiencja dobiega końca, że czeka go jeszcze sporo pracy.
— Praca jest dla mnie sensem życia —- mówi. — Nie potrafiłbym gnuśnieć w łóżku. Mój następny film będzie adaptacją „Intruza” d’Annunzia. Ale nadal nic tracę nadziei, że uda mi się zrobić film według „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna.
Spokój profesora zakłóci wtargnięcie do jego mieszkania rzeczywistej, współczesnej rodziny. Oto oni: piękna i starzejąca się kobieta (Silvana Mangano), jej młody utrzymanek, Konrad (Helmut Berger), jej córka (Claudia Marsani) i narzeczony córki (Stefano Patrizi). Wydają rozkazy służbie, telefonują, kłócą się, dyskutują. Interesuje ich jedynie forsa, narkotyki, seks i zabawa. Jacyż są wulgarni w porównaniu z tym koneserem, wielbiącym sztukę przeszłości. Profesor reprezentuje świat, który ginie, świat piękna, spokoju, wyrafinowanej elegancji. Ale wtargnięcie barbarzyńców unaocznia jego kruchość. Zmienia się także i tonacja kolorystyczna filmu: złocista patyna, mrok, ustępują miejsca barwom ostrym, agresywnym.
Grubiański język, brutalność, cynizm, lekceważenie dobrych manier — czy tylko te cechy charakteryzują tych młodych burżujów? Ależ nie. Także i w nich jest blask, piękno, młodość, świeżość. Postacie spoglądające na nich ze starych portretów są bezcielesne, nieme, nieruchome. Są po prostu martwe.
A więc życie i śmierć. Bezruch i zgiełk. Dwa odrębne światy. Czy dialog między nimi jest możliwy? Bardzo trudno go nawiązać. Visconti, podobnie jak bohater jego filmu nie żywi złudzeń, jest bezlitosny w portretowaniu chciwości, żądzy użycia, niecierpliwości współczesnych burżujów, ale pozostawia iskierkę nadziei. Zdaniem Jean-Louis Bory’ego tą nadzieją jest stosunek starego profesora do młodego nicponia Konrada. Więzy łączące obu mężczyzn wynikają z poczucia głębokiej wspólnoty duchowej. Zawiedzeni w swych nadziejach, rozczarowani miałkością życia i przytłoczeni porażkami. zdolni są do wzajemnego zrozumienia. Należą do tej samej rodziny pokonanych: stary profesor, dawny antyfaszysta, obserwujący odradzanie się brunatnej ideologii, — i młody hultaj, który w 1968 kontestował na barykadach Berlina Zachodniego, a dzisiaj cyniczny i zgorzkniały, włączył się do innej gry, gry bogaczy: narkotyków, seksu, żigolactwa. Różnice w postawie obu mężczyzn są czysto pokoleniowe, narzuciła je epoka i historia.
— A więc film-testament? — pyta Bory. I odpowiada: — Jego bogactwo jest tak wielkie, iż można by pomyśleć, że Visconti, naglony jakimś wewnętrznym nakazem czy poczuciem zagrożenia, starał się powiedzieć wszystko, na czym mu zależało i jeszcze nadal zależy. To „wszystko” obejmuje takie dziedziny jak sztuka, polityka, miłość, dekadencja, ruina, strach, samotność, śmierć i zapomnienie. Ta „Śmierć w Rzymie” jest jakby dalszym ciągiem „Lamparta”, „Zmierzchu bogów”, „Śmierci w Wenecji”. A zarazem ich ukoronowaniem.
Z okazji paryskiej premiery filmu wysłannik „Le Figaro”, Pierre Montaigne odwiedził reżysera. Oto jego wrażenia:
— Hall rzymskiej rezydencji Viscontiego przypomina kulisy teatru lub atelier filmowe: skrzynie, szkice, nagromadzenie najrozmaitszych mebli, reflektory. W jednym z pokojów Visconti. Siedzi na fotelu, otoczony przez przyjaciół i współpracowników. Ten pokój wypełniony cennymi meblami, bibliofilskimi księgami, starymi obrazami mógłby służyć jako dekoracja dla „Portretu rodzinnego”. I nie sposób oprzeć się porównaniu między reżyserem a bohaterem jego filmu.
— Łączy nas tylko jedno: ten sam wiek — mówi Visconti. — Obaj zbliżamy się do siedemdziesiątki. Ale na tym podobieństwa się kończą. Co więcej: chociażgłówną rolę gra, podobnie jak w „Lamparcie”, Burt Lancaster, nie istnieje między tymi dwoma ekranowymi utworam żadna więź. Książę Salina, otoczony rodziną, z wysokości swego balkonu obserwował zmierzch pewnej epoki. Profesor jest samotnikiem, poszukującym rodziny zbyt późno zrozumiał pustkę swej egzystencji.
Luchino Visconti, potomek arystokratycznego rodu Viscontich de Modrone spadkobierca XIV-wiecznego księcia Mediolanu. W dzieciństwie uczestniczył w wy stawnych spektaklach organizowanych przez ojca w rodzinnym pałacu i koncertach urządzanych przez matkę-melomankę, odwiedzał często mediolańską La Scalę, którą jego dziad i stryj wspomagali artystycznie i finansowo. Ale młody Visconti wiedział już, że jego droga prowadzi gdzie indziej. Kiedy skończył 19 lat, pięć razy uciekał z domu i liceum. Pewnego razu znaleziono go w klasztorze na Monte Cassino. Przez pięć lat z zapałem oddawał się hodowli koni. Poten odkrył Paryż. Był rok 1936, rok Frontu Ludowego i premiery filmu „Toni” Jean Renoira. Przybysz z Italii poprosił Coco Chanel, aby dała mu liścik polecający do Renoira. W kilka tygodni później został jego asystentem.
— Nauczyłem się od Renoira więcej niż mogłyby mi dać studia filmowe — wspomina. — Wystarczyło obserwować Renoira, być obok niego i wśród jego ekipy, która podzielała jego przekonanie polityczne i przygotowywała się do realizacji filmu „Paryż należy do nas” na zlecenie Komunistycznej Partii Francji. Renoirowi zawdzięczam to, że otworzył mi oczy na rzeczywistość społeczną.
Po powrocie do ojczyzny Visconti uczestniczył w antyfaszystowskim ruchu oporu. Został aresztowany i skazany na śmierć. Dziewięć dni spędził w celi śmierci o powierzchni 1 metra kwadratowego zanim włoscy faszyści wydali go oddziałom hitlerowskim. Udało mu się zbiec na chwilę przed egzekucją. Jego pierwsze filmy: „Opętanie” i „Ziemia drży" stały się najwybitniejszymi dziełami włoskiego neorealizmu. Ale jeżeli dzisiaj krytyka stara się określać styl Viscontiego, mówi przede wszystkim o jego barokowej bujności, umiłowaniu wspaniałych dekoracji, budzących grozę producentów i ich księgowych. Jakże często jednak zapomina się, że Visconti jest nie tylko człowiekiem filmu, ale także sceny, że ma w swoim dorobku inscenizacje ponad sześćdziesięciu klasycznych i współczesnych sztuk, oper baletów, że jego ulubieni autorzy to Szekspir, Czechow i Verdi.
Odstawia na stolik filiżankę z herbatą Delikatnie daje do zrozumienia, że audiencja dobiega końca, że czeka go jeszcze sporo pracy.
— Praca jest dla mnie sensem życia —- mówi. — Nie potrafiłbym gnuśnieć w łóżku. Mój następny film będzie adaptacją „Intruza” d’Annunzia. Ale nadal nic tracę nadziei, że uda mi się zrobić film według „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna.
Summa Viscontiego, Luciano Visconti, Portret rodzinny we wnętrzu, Jean-Louis Bory, Szepty i krzyki, Burt Lancaster, Silvana Mangano, Helmut Berger, Claudia Marsani, Stefano Patrizi, Śmierć w Rzymie, Lampart, Zmierz bogów, Śmierć w Wenecji, Pierre Montaigne, Toni, Jean Renoir, Coco Chanel, Paryż należy do nas, Komunistyczna Partia Francji
Do czytania
- Śpiewogra o zakochanych FILM: 16/1975, strona 6
- Summa Viscontiego FILM: 16/1975, strona 11
- Zwodowaliśmy szczęśliwie FILM: 16/1975, strona 17
Pozostałe strony
-
strona 1 wydanie: 16/1975
-
strona 2 wydanie: 16/1975
-
strona 3 wydanie: 16/1975
-
strona 4 wydanie: 16/1975
-
strona 5 wydanie: 16/1975
-
strona 6 wydanie: 16/1975
-
strona 7 wydanie: 16/1975
-
strona 8 wydanie: 16/1975
-
strona 9 wydanie: 16/1975
-
strona 10 wydanie: 16/1975
-
strona 11 wydanie: 16/1975
-
strona 12 wydanie: 16/1975
-
strona 13 wydanie: 16/1975
-
strona 14 wydanie: 16/1975
-
strona 15 wydanie: 16/1975
-
strona 16 wydanie: 16/1975
-
strona 17 wydanie: 16/1975
-
strona 18 wydanie: 16/1975
-
strona 19 wydanie: 16/1975
-
strona 20 wydanie: 16/1975